Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czego to japończyk nie wymyśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czego to japończyk nie wymyśli. Pokaż wszystkie posty

02 stycznia 2014

Imprezujemy

... Ale kiepsko z tymi imprezami niestety. Nie byłyśmy na żadnych baletach w klubie, nawet na drinku w barze nie. Problem w tym, że hotel nie popiera takich wypadów, bo się martwią nie tyle o nas, co o to, że nie wrócimy na show ;)
Najbliższe imprezy są w Morioce, miejscowości godzinę od Hanamaki, a nie mamy kierowcy, co by nas podrzucił a na taksówki nam szkoda, bo taki luksus kosztowałby nas pół wypłaty. Nasze prawa jazdy też można rozbić o kant... czegoś tam, bo w Japonii jest nieważne.

Więc imprezy robimy sobie sami.
Na przykład wynajmujemy karaoke! 

Kamilcia & Alex

Rycerzyk, Ania, Toszko
Uchowało się jedno zdjęcie na którym niczego nie jem ;)

Stali bywalce



Księga do karaoke, bo książką tego nie można nazwać
....Co z tego, że taka gruba, skoro Japończycy śpiewają ciągle tych samych 10 piosenek ;)
Kosmiczny pilot do obsługi
W takich kanciapkach urzędujmy

Wydawało mi się, że takie zamknięte pokoje dla zaledwie kilku osób niszczą atmosferę karaoke. Uważałam, że w tym cały fun, że cały klub Cię słucha. W tym miejscu pozdrawiam Adama, z którym rozkręciliśmy niejedno karaoke i niejedno wygraliśmy, co kończyło się zazwyczaj urwanym filmem (no cóż, nagrody były zawsze w procentach ;)

Karaoke pochodzi z Japonii (czego to Japończyć niewymyśli). Jego nazwa to dosłownie pusta orkiestra. Tradycja karaoke jest głęboko zakorzeniona w kulturze Japonii, ale współczesne zainteresowanie nią ma swój początek w latach 70. XX w. i wiąże się z osobą japońskiego piosenkarza Daisuke Inoue. Słuchający jego koncertów bywalcy kawiarni Utagoe Kissa poprosili artystę o nagranie utworów, tak aby mogli je śpiewać podczas jego nieobecności. Daisuke Inoue skonstruował więc automat, który po wrzuceniu 100-jenowej monety odtwarzał piosenkę. Wypożyczanie maszyny dało początek biznesowi tzw. karaoke box (skrzynia karaoke). W latach 80. karaoke rozpowszechniło się w całej Azji Wschodniej i z czasem zaczęło docierać w inne części świata (info ze strony eurostudent.pl)

My jeszcze jesteśmy daleko za murzynami tzn. Japończykami, u nich nawet funkcjonują budki z karaoke. Nie ma się co dziwić - istnieją przecież budki z hotdogami, automaty na napoje na każdym rogu to czemu by nie wymyślić budki z karaoke w razie gdyby ktoś miał nagłą potrzebę zaśpiewania za 100 jenów jakiejś piosenki.

Podczas gdy w Polsce, nawet jeśli ktoś potrafi śpiewać, podchodzi do tego typu występów  z rezerwa i dużą dozą nieśmiałości.
W Japonii wszyscy się pchają do mikrofonu!

Śpiewają wszyscy! Dzieciaki, młodzież, babcie, wysoko postawieni biznesmeni, Ci utalentowani i Ci, którzy kompletnie śpiewać nie potrafią. A co najlepsze! Ci ostatni w ogóle nie wstydzą się występować, robią to bardzo chętnie wśród poklasku zebranych, którzy mają wątpliwą przyjemność tego słuchać. 
Otóż, w Japońskiej kulturze generalnie chodzi o wysiłek jaki wkładasz w prace, dotyczy to wszystkich aspektów życiowych, także i karaoke. Oznacza to, że jeśli wyjdziesz, zaśpiewasz, dasz z siebie wszystko i zrobisz to najlepiej jak umiesz (nawet z marnym efektem) w oczach Japończyków jesteś w tym momencie bardzo szanowany i ceniony.
Dlatego w Japonii gwiazdami stają się nie ludzie utalentowani, piękni itd., ale ludzie zwykli, podobni do wszystkich, u których od razu widać pewne niedociągnięcia, ten ludzki pierwiastek.

 W praktyce wygląda to tak:

(filmiki pochodzą z pierwszego tygodnia w Japonii, kiedy była jeszcze Pani Ewa. Pod koniec śpiewa  japońską piosenkę i robi to jak typowa Japonka! MEGA!  Od tamtej pory to moja ulubiona japońska piosenka!)

Zapraszam!




Aaaa! No i przypominam o głosowaniu:

http://www.tanie-loty.com.pl/http-filifionkawjaponii-blogspot-jp.html

Będę wdzięczna za każdy oddany głos!



30 grudnia 2013

japońskie zakupy, japońskie jedzenie

Nie wiem, czy Wy też hołdujecie tradycji, że w pierwszy albo drugi dzień świąt jedzie się do MC Donalnda albo na pizze. Tak o, dla pogwałcenia tradycji i ku oburzeni babć i mam :P
Tradycji stało się zadość, dlatego drugiego dnia świąt pojechałyśmy na zakupy poświąteczne i japońskie jedzenie.
Tym razem trafiło na udon. Jakiś takie kluski, makaron tylko trochę grubszy i bardziej miękki. A wszystko pływało w zupie z jajkiem. Pyszności!

Udon

 W naszej ulubionej restauracji serwuje się też wielkie lody (trochę oszukane, bo puste w środku, ale co tam, wygląda fajnie). I takie lody je się pałami! W tym cały fun.





Wrzucam relacje z ramenu, lodów i zakupów. Niech Was nie zmyli to piękne słoneczko. Teraz Yuguchi jest kompletnie zasypane śniegiem. Filmiki były nagrywane jakies miesiąc temu (nie z wczoraj, ale schemat i tak się powtarza;)




Kontrakt mi się kończy, a ja chyba powoli wpadam w depresję co objawia się wydawaniem „ciężko zarobionej napiwkowej” kasy na Stujenowe Sklepy.
I na tych zakupach udało nam się znaleźć takie smaczki:






W niedziele też byłyśmy z Shinjim na wycieczce, ale w sumie nie ma co opowiadać, bo dzień wcześniej mieliśmy imprezę w Aparto, więc cały dzień byłyśmy wczorajsze i na nic innego nie miałyśmy siły, oprócz Stujenaczów oczywiście i wydawania kasy.
W następnej notce napiszę o tym jak tutaj „imprezujemy”.

Jeśli chodzi o plany Sylwestrowe, to mamy w planach świętować dzisiaj, bo jutro mamy wolne (drugie w  ciągu 3 miesiący) dlatego chcemy chociaż ten jeden spędzić bez make up’u, bez strojenia się i w piżamach
W sumie dobrze. Zawsze chciałam przespać Sylwestra.


Na koniec podsumowanie.

W 2013 roku zaliczone:
- 6 miesiący we Francji
        * uciekanie przed paryskimi kanarami i mandat za brak biletu
        * fajerwerki pod wieżą Eiffla 4 lipca
- 3 miesiące w Japonii, w tym:
        * śpiewanie dla Japońskiej telewizji
- dwie stolice Europejskie, w tym
        * amsterdamskie ganianie za utraconym portfelem i laptopem
        * budapesztańskie imprezy
- kolejny Woodstock
- skończony licencjat, zaczęta magisterka
- prawie 4 tyś. kilometrów autostopem
- telefon od Pana Marka, że jadę do Japonii
- urodzinowy prezent dla Grety
- poznanie Giuseppe Turchiaro
- 12 przeczytanych książek


Ma ktoś ochotę zrobić własne zestawienie? Jestem bardzo ciekawa które momenty uważacie za najbardziej ciekawe w 2013 roku.

Szczęśliwego, tego Nowego :)


23 grudnia 2013

Święta po Japoncku


ś

Dzisiaj mam sprzątanie, jutro pieczenie babeczek (proszę o modlitwę, co bym nikogo nie otruła tymi moimi babeczkami ;) do tego zakupy i wigilia. W środę jedziemy do miasta na Ramen (ta zupa co się ją siorbie). Także dużo się dzieje, a mnie się taki leń na dodatek włączył, że już od dwóch godzin nastawiam się psychicznie na to sprzątanie. Do tego jestem tak zawalona szkołą, że nie wiem kiedy się z tego wygrzebie.
To tyle z narzekania.

Święta oczywiście będziemy spędzać tradycyjnie. Będą pierogi, barszczyk, pierniczki, krokiety, moje nieszczęsne babeczki, prezenty i nawet choinkę mamy. A że wszyscy ostatnio chwalą się swoimi choinkami to i ja się pochwalę. A co!


Tak, to w środku to nasz choinka ;-)

Jutro wrzucę więcej zdjęć co by się pochwalić i pokazać, że my polskie tradycje praktykujemy 10 000 kilometrów od Polski.

Japończycy oczywiście nie obchodzą wigilii jako takiej. Mimo tego świąteczna gorączka jest taka jak u nas, promocje w sklepach, hotel cały powystrajany w lampkach świątecznych i choinkach. Ale Japończycy w sumie sami nie wiedzą po co to. Po prostu wracają po pracy do swoich domów jak każdego dnia z tą różnicą, że jedzą wigilijne potrawy, w których skład wchodzą:


Serio! Wpierdzielają kurczaki, albo idą po te kurczaki do KFC.
KFC w wigilię jest po prostu oblegane! Skoro Amerykanie mają swoje święto dziękczynienia z indykiem to dlaczego Japończycy mają nie mieć wigilii z kurczakiem?

A potem jedzą to:



Koniecznie z truskawkami!
Im słodsze, mdłe i upstrzone ozdobami tym lepsze. 

Po prostu tak się robi na zachodzie, a że oni jarają się się wszystkim co Amerykańskie, to Merry Christmas też musi być.

Ja życzę czytającym tego bloga, mojej rodzinie i znajomym spokojnych świat (przede wszystkim!), bo z tego co zaobserwowałam, nie tylko w mojej rodzinie, kłótni, stresów i pośpiechu tego dnia można zaobserwować najwięcej w ciągu roku. Dlatego wrzućcie sobie na luz tego dnia, tak wyjątkowo. 
Nie życzę Wam spełnienia marzeń, chociaż też, ale przede wszystkich samospełniania się, żeby każdy dzień dawał poczucie, że zrobiliście to, co chcieliście zrobić. Życzę Wam tego, żebyście tych dni nie musieli liczyć (do końca tygodnia, roku szkolnego, rozpoczęcia urlopu), tylko w każdym znajdowali coś, co będzie dawało Wam szczęście. 
Doceńcie to, że jesteście otoczeni rodziną, najbliższymi i możecie najjeść się dowoli polskim jedzeniem.


Wiem co mówię ;)

Wesołych świąt!






19 grudnia 2013

O co chodzi z tymi toaletami?!

Ci którzy dostali ode mnie kartki (Pani Alicjo, wciąż czekam na Wasz adres) J, przeczytali, że dziwi mnie tu wszystko począwszy od jedzenia, kończąc na toalecie.

Zanim tutaj przyjechałam, wiedziałam, że z tymi japońskimi toaletami jest coś nie tak. Widziałam też parę memów typu:



Dlatego wiedziałam, że nie wolno mi niczego dotykać zanim nie usiądę na sedesie :P
Pierwsze co mnie urzekło to podgrzewany sedes! Wspaniałość, cudowność, luksus, przepych, splendor i perfekcja i słodycz sama w sobie.Na początku nie mogłam się przyzwyczaić i siadałam ostrożnie jak to w polskiej zimnej łazience, nastawiając się psychicznie na chłód w miejscu, w którym tego chłodu czuć nie chciałam...
Teraz sikanie to istna przyjemność! ;-)

No ale od początku.
Jeszcze do lat 50-tych XX wieku Japończycy, podobnie jak w Turcji i ogólnie w całej Azji korzystali z toalety w wersji „kucanej” (zresztą w Japonii nadal jest takich wiele, w Turcji zresztą też. Wiem co mówię, bo sama przez miesiąc mieszkałam w domu z dziurą podłodze. Spuszczę jednak na to zasłonę milczenia).

Kiedyś bogatsi Japończycy mogli sobie pozwolić na białe porcelanowe naczynia w niebieskie kwiatki. Dzisiaj można je kupić na targach staroci, a cudzoziemcy przy ogromnej konsternacji Japończyków, kupują je i sadzą w nich kwiatki!

W każdym razie Japończycy, którzy mają fioła na punkcie funkcjonalności, nowoczesności i wygody (szkoda tylko, że jeszcze nie wpadli na pomysł centralnego ogrzewania – bo większość domów grzeje się piecykami na paliwo albo farelkami, jak nasz) stali się pionierami w produkcji superhipernowoczesnych toalet.

I w ten sposób japońskie toalety posiadają ramię-pilota, uzbrojonego w masę przycisków kontrolujących temperaturę sedesu, strumienie wody na określoną część ciała, strumienie osuszające i wiele innych przycisków. Z takich ciekawszych: Na pilocie znajduje się przycisk, wywołujący odgłos spuszczania wody, bez spuszczania wody.
O co kaman? Tę oto magiczną sztuczkę wprowadzono specjalnie dla kobiet a nazywa się ona Otohime czyli „dźwiękowa księżniczka”. Pozwolę sobie użyć mojego ulubionego określenia – „Badania Japońskich naukowców dowiodły”, że kobiety zużywają 3 razy więcej wody niż mężczyźni, chcąc zagłuszyć wstydliwe odgłosy. Spuszczają wodę przed, w trakcie i po, co znaczy, że woda dwa razy idzie na marne. Japońskie kobiety uważają jednak, że dźwięki „księżniczki” brzmią sztucznie i nadal spuszczają wodę 3 razy dziennie, marnując każdorazowo 20 litrów wody. 

Plik:Modern japanese toilet.jpg
Ta jasne, że niby po angielsku napisane.
Ale zdjęć kibli mi się nie chciało robić, a tylko takie zdjęcie znalazłam w internecie

Księżniczka

Oprócz tego superhipernowoczesność objawia się również tym na przykład, że zamiast banalnego dźwięku spuszczanej wody, usłyszeć można świergot ptaków. Są też i takie w których ćwierkanie odbywa się już podczas siusiania, albo takie które grają Mendelsona w celu rozluźnienia zainteresowanego. Niektóre modele skonstruowane z myślą o osobach starszych mają podłokietniki i  urządzenia pomagające wstać.

Kolejnym pomysłem z kosmosu jest zmienne obuwie przez wejściem do toalety, bo żółtki sobie podzieliły dom na miejsca czyste i nieczyste. Takim miejscem nieczystym jest toaleta (mimo tego, że prawdopodobieństwo skażenia "śmiercionośnymi" bakteriami jest niemniejsze niż w kuchni).
W Aparto, gdzie mieszkamy oczywiście nie bawimy się w kapcie do toalety, tym bardziej, że jeszcze nikt nigdy nie namówił mnie nawet na normalne kapcie do chodzenia po domu. Ale już w hotelu trzeba przestrzegać tej reguły. Takie kapcie, lub ich brak, pokazują też czy ktoś właśnie korzysta z toalety, co wydaje mi się znacznie praktyczniejszą interpretacją kapciowych pomysłów.




Koniec o tych toaletach, ile można?! No ale można. 
Czego to Japończyk nie wymyśli...

Buziaksony!

06 grudnia 2013

Co jem?

Jeśli ktoś myśli, że nic innego tutaj nie jem tylko sam ryż… to ma racje ;-) 
No może trochę przesadzam, ale faktem jest, że przez dwa miesiące, kiedy tutaj jestem, zjadłam już jakieś 3 kilo ryżu! To chyba więcej niż w całym moim życiu. Faktem jest, że je się go tutaj do wszystkiego, nawet na śniadanie, a że moje zdolności przystosowawcze, albo raczej brak zdolności kulinarnych sprawiają, że niemal codziennie jem tu ryż, który jest bardzo kleisty i bardzo smaczny!

Smaczny…

W kuchni Japońskiej priorytetem nie jest to, żeby danie było smaczne. Kuchnia w Japonii jest sztuką przez duże „S” jak to mawiała moja nawiedzona nauczycielka z liceum na lekcjach WOKu.
W praktyce oznacza to, że kiedy my w Polsce zajadamy się niegrzeszącym urodą bigosem, takim mega przyprawionym, o bardzo wyrazistym smaku, albo jeszcze lepiej – kiełbasą, która już w ogóle przypomina… No co tam komu przypomna ;-) Kuchnia Japońska to równowaga pomiędzy minimalizmem, wyglądem potraw, fakturą i smakiem. 
W praktyce wygląda to tak, że nawet najprostsze dania muszą zatem wyglądać ładnie. Bardzo możliwe również, ze zostaniemy zbesztanii przez broniącego swojej dumy Japończyka, który usłyszy z naszych ust, że np. taki ryż, albo tufu nie ma smaku. A już w ogóle popełni harakiri kiedy do takich potraw, przyzwyczajony do wyrazistego smaku człowiek z zachodu, doda keczup, albo zaleje sobie ryż sosem sojowym. 
A takie profanacje nam się tutaj zdarzały.

Kuchnia w Japonii to istna filozofia życia. Nawet słowo „kuchnia” byłoby tu dość nie na miejscu, bo jedzenie wkracza tutaj w znacznie więcej sfer życiowych.
W Japonii każda potrawa ma jakieś znaczenie, jakiś symbol. Nie jest to tylko zwykłe danie, przeznaczone do jedzenia, ewentualnie chwilowego delektowania się. Takie potrawy symbolizują daną porę roku, albo szczególną okazję. Wycięty z marchewki listek będzie symbolizował jesiennie liście, a biała galaretka rybna pływająca w zupie będzie symbolizowała fazy księżyca. Ta kleista kluska, która kupuje nam zawsze podczas podróży Shinji, znamy już nazwę – „mochi” ma przynosić ogromną siłę. Wiara w to jest tak duża, że nawet przypadki zadławienia, których ofiarami padają staruszkowie nikogo nie zrażają.


Oczywiście podstawą są ryby.  Japończycy pochłaniają 1/6 ryb zjadanych na świecie. Uważane są one tutaj za wspaniałe, piękne istoty, do tego stopnia, że co roku odbywają się ceremonie na cześć tych ryb, które zostały zjedzone przez Japończyków, a także tych ryb które zmarły śmiercią naturalną (?!).

I ja im uległam. Co tydzień kupuję sobie ze 3 rybki. W Polsce praktycznie w ogóle się tego nie je ze względu na cenę, więc przynajmniej tutaj sobie odbijam, bo nie dość, że to zdrowe, to jeszcze nie szkodzi po kieszeniach.
Najlepsze jest to, że niektóre ryby je się na żywca.
Np. taka specjalność pod tytułem „Tańcząca krewetka” to pijana krewetka spita sake, której na żywca ucina się głowę, patroszy, przytwierdza do ryżu, owija wodorostem i kładzie się jeszcze podrygującą na talerzu potencjalnego jedzącego. Ten chwyta ją za ogon nim zdąży odskoczyć, macza w sosie i zjada ze smakiem.

Tańcząca krewetka

Jeszcze inną taką mrożącą krew w żyłach jest potrawa o nazwie „Piekielne Tofu”. Jej piekielność polega na tym, że do stopniowo podgrzewanego rosołu, w których pływają żywe rybki, wrzuca się zimną kostkę tofu. Rybki, chcąć uchronić się przez gorącem wbijają się w nią i giną dopiero wtedy kiedy i kostka zawrze. Jakaś masakra po prostu!

Oprócz tego jem bardzo dużo sushi (o którym zapewne też powstanie jakaś osobna notka), oprócz tego nieodzowny kurczak, którego sobie gotuje. A co!
Co tydzień jest u mnie szpinak i brokuły. Po prostu uwielbiam wszystko co zielone!
Bez skojarzeń ;-)
Staram się tutaj zdrowo odżywiać. W domu jem to co gotuje babcia, dlatego nie ingeruje w to, czy coś jest zdrowe czy nie. Ale jeśli mam już sobie sama przygotowywać posiłki (gotowaniem tego nie można nazwać) to mimo tego, że niekoniecznie jest to zawsze smacznie, niech to chociaż będzie zdrowe.
Do obiadku zawsze wjeżdża sałatka z dodatkiem surimi, takich paluszków krabowych, które pewnie koło kraba nawet nie leżały. Rano zawsze jem muesli z bananem, dużo owoców.

Surimi

Japończycy nie mają tutaj dużo takich „ichszych” owoców oprócz pomarańczowych kaki, które rosną na drzewach i są bardzo słodkie. Zresztą w Polsce też można je znaleźć, tylko może niekoniecznie rosnące na drzewach. Mnie jakoś nie szczególnie przypadły do gustu.

Kaki

Praktycznie codziennie jem też tuńczyka, który jest bardzo tani tutaj. Robię sobie prowizoryczne kanapki z chleba tostowego, który bardziej przypomina watę i jest ciągle świeży nawet po dwóch tygodniach. Niestety innego chleba tutaj nie mają, co jest powodem mojego cierpienia. Dlatego ostatnio zaczęłam kupować bagietki, co by sobie chociaż móc coś pogryźć, bo tamten „chleb” się po prostu połyka. 
Nieodłącznym elementem jest oczywiście zielona ryżowa herbata, którą tutaj piję namiętnie (chociaż z tą zieloną herbatą też trzeba ostrożnie, bo w ilościach, w jakich ją tutaj pijemy zaczyna się robić niebezpiecznie).

Moje potrawy tutaj nie są ani wykwintne, ani zróżnicowane, ale moje! Więc i tak należą mi się oklaski, bo nie umarłam z głodu.
Oczywiście dziewczyny tutaj się prześcigają w pieczeniu ciast, babeczek, zupek, zapiekanek i wszystkich innych rzeczy, których nawet  moja babcia pewnie nie umie (jedyna umiejąca gotować osoba w moim domu. Pozdrawiam babcie Marysie!). I zawsze coś tam od nich podpatruje, ale żebym jarała się tym jak one to już nie ;-)
W kuchni nadal czuję się jak małe dziecko, które nie powinno się krzątać w pobliżu, żeby przypadkiem się nie pobrudzić.

W tym miejscu pojawia się pytanie: to w jaki sposób przeżyłaś pół roku w Turcji i pół roku we Francji na własną rękę?
W Turcji gotowała Greta, we Francji Matthieu.

I wiedziałam, że w tym kolejnym państwie w jakim przyszło mi mieszkać na pewno zdobędę jakieś nowe doświadczenia, poznam dużo nowych ludzi, kulturę i język. Nie podejrzewałam jednak w najśmielszych snach, że podczas tego wyjazdu nauczę się gotować :-)

04 grudnia 2013

Ukulturawiamy się. A co!

Shinji zabrał nas w niedziele na obchody 10-lecia istnienia budynku, który przypominał coś jak Młodzieżowy Dom Kultury. Chyba ze 4 godziny oglądałyśmy występy. Dawno się tak nie ukulturowiłam. Oczywiście nie obyło się bez klaunów, które zresztą omijałam szerokim łukiem, bo mam na nie uczulenie i darmowego jedzenia ;)
Oglądajcie filmik – kwintesencja Japonii!




Jutro wybieramy się z Olą do miasta z zamiarem zgubienia się. Bierzemy kamerę i aparaty, będzie z tego wielka relacja!
Aaaaa! Zapomniałabym!
Mam ostatnio fazę na wysyłanie kartek i listów. Jeśli ktoś by sobie życzył kartkę z Japonii to proszę napisać mi adres na facebooku, albo w prywatnych wiadomościach na blogu.
Na pewno napiszę! :-)


Pozdrawiam!

17 listopada 2013

Brado Pitto, Godżilla, Jasiu i perony, czyli nauka języka japońskiego

Pisałam już, że język japoński jest dla mnie nienauczalny. Chyba jeszcze z żadnym językiem, a uczyłam się już chyba z pięciu, nie miałam aż takich problemów.
Może to też kwestia nastawienia, ale ile można mówić „origami samadeśta” zamiast „arigato samadeśta” (dziękuję bardzo).
Zdarzało mi się na przykład podczas podziękowań za obejrzenie show powiedzieć tak do gości, wtedy dziewczyny miały ze mnie polew, nie wspominając już nawet o gościach.

Ale chyba nie tylko ja miałam z tym problem. Kiedy Pani Ewa przyjechała tutaj na swój kontrakt, wymyślała różne spolszczone sentencje, które przypominały te japońskie.
I tak na przykład „dziękuję za ten wspaniały posiłek” (Japończycy mają dużo właśnie takich wyrafinowanych określeń, ale o tym za chwilę), czyli „goczisu samadeśta” przypominałyśmy sobie jako „godżilla samonośna”.
Dobranoc  – „ojasuminasaj” to „o Jasiu mi nasraj”
Mam na imię – „Łatasziła” to „Łatała i szyła”

Takie przypominanie sobie o godżilli i i Jasiu naprawdę pomagało ;)

Wracając do tego „wspaniałego posiłku”.
Kiedy my w Polsce mamy dziękuję, dziękuję bardzo, ewentualnie dzięki, w Japonii w zależności od sytuacji i pozycji mówi się „domo” – takie dziękuję zwyczajne, w sklepie na przykład. W hotelu mówimy zawsze „Arigato” – takie ładniejsze dziękuję, np. do przełożonych, „Arigato gozajmas” to dziękuję bardzo. Natomiast „Arigato gozajmas” to zwrot, którego używa się po sytuacjach dawnych, zrobionych, nie wiem jak mam to wytłumaczyć. Kucharka zrobiła obiad, Ty go zjadłeś, było - minęło - Arigato gozajmaśta ;) 
Jeżeli chcesz być w ogóle taki super to mówisz „Domo arigato gozajmas”.

Po skończonym posiłku należy mówić kucharkom, kelnerom „gocziso samadeśta” – dziękuję za ten wspaniały posiłek, po pracy mówi się chłopakom z klubu, którzy obsługują didżejkę i światła „otsukare samadeśta” – dziękuję za dobrze wykonaną pracę.
To jest tutaj bardzo ważne. Szacunek dla pracy jest bardzo ważny, dlatego istnieją w japońskim specjalne zwroty, które ten szacunek okazują.
Nie piszę tego oczywiście po to, żeby Was uczyć japońskich słówek, sama się nie garnę do tego. Chciałam raczej pokazać to jak Japończycy przestrzegają przynależności do różnym klas społecznych, jak ważny w tej kulturze jest szacunek do pracy i siebie samych.

Dobra, koniec ukulturowiania ;)

Bardzo zabawną rzeczą w Japonii jest to, że Japończycy nie wymawiają litery „L”.
Nawet kiedy mówią po angielsku, słyszysz, że ciągle w miejsce R pojawia się L. Wychodzi z tego np.
"Aj rowju" czyli I love you (piszę fonetycznie, żeby pokazać jak naprawdę to brzmi), albo "riri", czyli really,
odliczanie, raz dwa trzy: One two three – "Łan tu sri".
Poland to dla nich "Porando".

Mają też w ogóle jakieś dziwne klimaty z sylabizowaniem. 
Milk to "milku", ręcznik – towel to "tałero", a jak chcesz powiedzieć, że ktoś ma good heart - dobre serce, wtedy mówi się "guto harto".
Mają swoją własną wersję angielskiego do tego stopnia, że w napisach w amerykańskich filmach puszczanych w Japonii Brad Pitt to "Brado Pitto".

Kiedy pracowałam w paryskim hostelu spotkałam się z tym, że paru gości zapytało mnie:
„ – Gosia, a co znaczy twoje imie?”
A ja wtedy łapałam zonka. No przecież Gosia to Gosia, nie znaczy to nic jak tylko polskie imię żeńskie. Moje imię stało się do tego stopnia problematyczne, że w końcu się poddałam i kazałam do siebie mówić Eva J.

Teraz jestem już w stanie to zrozumieć, bo np. Japończycy nadają sobie imiona takie jak „Shinji”, czyli w ich języku drzewo, albo „Juki”, czyli po japońsku śnieg. Jakieś to takie dla mnie dziwne. My w Polsce mamy takie imiona jak Lew, Jagoda, Malina, ale są to wyjątki. Oni takie znaczące coś imiona nadają sobie na porządku dziennym. 

Dlatego zapytałam też kiedyś co znaczy moje imię po Japońsku. Okazało się, że coś podobnie brzmiącego do „Goszja” znaczy peron. Niezbyt romantycznie, ale mogłam trafić gorzej ;)

10 listopada 2013

Wyznania zakupoholiczki

Nie, nie jestem żadną zakupoholiczką.
Ale przynajmniej tytuł pasuje ;-)

Jeszcze zanim wylądowałam w Japonii słyszałam legendy o „Stujenaczach” (faktycznie brzmi trochę jak bajka: „Legenda o Stumilowych butach”, „Legenda o Stujenowych sklepach” J).
W Polsce odpowiednikiem takich sklepów są te, w których jest wszystko za pięć złotych. Tylko, że zazwyczaj czeka Cię w nich niemiłe rozczarowanie, kiedy wchodzisz, a tam nic za pięć złotych, a jak jest to za złotych piętnaście!

I za to Japonio Cię uwielbiamy!
W sklepach „Wszystko za 100 Jenów”, czyli za jakieś 3zł 20gr można naprawdę się mega obkupić. Znajdziesz wszystko, od jedzenia, do kosmetyków, akcesoriów do mieszkania, ubrań, narzędzi ogrodniczych, po całe wyposażenie kuchni.
Niektóre rzeczy faktycznie są nieco droższe (chociaż ja osobiście jeszcze nie natknęłam się na taką, która kosztowała by więcej niż 100 Jenów), ale wtedy cena napisana jest wielkimi literami (taa literami) cyframi! Bo na szczęście cyfry japońskie są takie jak nasze.
I oczywiście można się tak obkupić pierdołami, że głowa boli. Sama jestem szczęśliwą posiadaczką kolekcji pał, które zawsze kupuję jak tylko wejdę do jakiegokolwiek Stujenacza, trzech par sztucznych rzęs (nie żebym była jakąś ich superfanką, ale zobowiązuje mnie do nich makijaż służbowy. W praktyce wygląda on tak:



No i wielu innych gadżetów.



Wiem, dużo tych pudełek, ale moja mama jest własnie na etapie kompletowania pudełek/koszyka do łazienki, więc musi być trochę prywaty, co by sobie mama pooglądała i coś wybrała.



Teraz słitaśne gadżety do kuchni:





... i pare rzeczy, których jestem szczęśliwą posiadaczką.

I jeszcze zapomniałabym o moim hicie! Skarpetki dla stołu / krzesła (wtf?!):


Różne wzory i rozmiary :-)



Jeszcze jednym typem sklepów jakie tutaj mamy i są mega, to lumpeksy!
U nas działa to na zasadzie ciuchów z drugiej ręki. Przeważnie tanich szmat, których nikt nie chce nosić, a Tobie raz na jakiś czas wpadnie jakieś cudeńko, które kupujesz za grosze.

W japońskich lumpeksach nie dość, że jest pełno ciuchów (ciężko to nazwać szmatami, bo ubrania te są po prostu świetne i wciąż o wiele tańsze) to oprócz tego też można znaleźć w nich wszystko. No może poza jedzeniem.
Dodatki od projektanów znajdują się w specjalnie wydzielonych gablotach i tak np. możesz kupić portfel Luis Vuitton’a już za jakieś 3000 jenów, czyli niecałą polską stówę.
Jakieś takie wypasione zegarki warte majątek, a w lumpeksie kupujesz je za kilkanaście tysięcy jenów.
Jednym z takich hitów które widziałyśmy to Iphone 5, przeliczając już na polskie, za 1500 zł.



Same resoraki

i mój ulubiony. Aż pozwoliłam sobie stworzyć mema  <3


Tak, znam Toy Story na pamięć, ale i tak najbardziej lubiłam Chudego ;-)

Oczywiście wszystko jest tak przesłodzone i kolorowe do granic wytrzymałości i mamy nawet na to japońskie określenie: „kałaji”, co z w wolnym tłumaczeniu znaczy „słitaśne”. Czujesz się jakbyś sam znajdował się w jakiejś bajce anime. Zewsząd atakują Cię światła, muzyka gra tak głośno, że nie słyszysz własnych myśli, można dostać ataku apopleksji od tych wszystkich bodźców.

Wrzucam kolejny filmik, ale kurcze jakość nienajlepsza. Będę musiała nad tym popracować. Na razie wybaczcie.



Jedna rzecz nam się mega rzuciła w oczy. Otóż, pieniądze tutaj w ogóle nie są zniszczone, czy wygniecione. Wywnioskowałyśmy, że jest to efektem tego, że pieniądz się tutaj szanuje.
Przyzwyczajona do tego, że Pani w Biedronce rzuca Ci garścią pieniędzy, albo wrzuca Ci je do garści razem z banknotami i paragonem, a Ty nie wiesz co masz łapać w locie, za co masz się chwycić i co w ogóle należy do Ciebie, bo już Pani kasjerka rzuca w Twoje zakupy produkty należące do klienta za Tobą. Boże, jaka ja z tej Biedronki zawsze zestresowana wychodzę :-P


Panie kasjerki w Japonii natomiast, przy kasie zachowują się jakby to, że kasują produkty, było ich największym w życiu szczęściem, największą przyjemnością!
Witają się z Tobą uśmiechem, mówiąc coś do Ciebie przez cały czas (ja w tym czasie szczerzę się i macham głową jak ten piesek z samochodu, bo oczywiście nic nie rozumiem). Układają produkty w koszyczkach, albo od razu wkładają do reklamówki. Robią to wszystko najdelikatniej jak potrafią, ciągle mówiąc coś do Ciebie i nieustannie się uśmiechając. 
Pani nie wydaje Ci reszty - Pani Ci resztę ofiaruje, składając pieniądze na Twą wyciągniętą dłoń z tak ogromnym szacunkiem, uczuciem i radością, że po tym wszystkim masz ochotę ją przytulić i wycałować!
I nie ważne, czy jesteś w Stujenaczu, lumpeksie, czy japońskiej Biedronce. Pieniądz szanuje się wszędzie.

Wydaje się pewnie, że cały ten „obrządek” zajmuje bardzo dużo czasu. No i faktycznie, zajmuje trochę więcej, ale nie ma to żadnego znaczenia, bo nikt nie stoi w kilometrowej kolejce do jednej otwartej kasy spośród 10 możliwych i nikt nie tupie za Tobą nogą, żebyś się pospieszył, widząc jak się motasz. W Japonii nie ma kolejek, bo wszystkie kasy są otwarte, a jeśli nie są, a tworzy się kolejka, za chwile przybiega, podkreślam, PRZYBIEGA jakaś Pani co by otworzyć kolejną kasę.

Ile można pisać o kasowaniu zakupów!? Widocznie można, skoro szok kulturowy przeżyłam nawet przy kasowaniu zakupów.


Japonia chapeau bas!

27 października 2013

Jedzenie part.1

Niestety nie uda mi się wrzucić filmów w kolejnych notkach, bo ciągle jeszcze mam problemy z laptopem i stoję w miejscu. Mam jednak to szczęście, ze nie muszę się za każdym razem prosić dziewczyn, żeby cokolwiek na blogu napisać. 
Wiem, ze niektórzy nie mogą się już doczekać naszych scenicznych popisów (taaakie jesteśmy przeciez Gwiazdy :P), ale jeszcze chwila cierpliwości. Na dniach dostane nowy kabel do laptopa i wszystko będzie działać już jak należy :-) 
Z gory przepraszam za brak polskiej pisowni. Poprawilam co moglam... 
I strasznie zaluje, ze nawet nie moge wstawic ladnych, obrobionych zdjec, zeby w calej okazalosci pokazac jakie tutaj jemy fajne rzeczy.

Pozdrawiam mamę Oli, która śledzi bloga i podobno nie moze się doczekać kolejnych wpisów. Pani Mario, wpis dedykowany specjalnie dla Pani :)


Po pierwszym udanym show, pani Ewa i Pan Watanabe zrobili nam niespodzianke w postaci malego japońskiego poczęstunku. Piliśmy śliwkę, czyli taki japoński likier śliwkowy (bardzo niepozorny, bo pilo się go jak soczek, ale nagle wszyscy zrobiliśmy się wesolutcy). 

Mieliśmy tez takie „ichsze”przekaski np.kawałki ryby, kiełbasy, ryz, i mieszanka orzechowa. 
I wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, ze wszystkie te przekąski były w postaci zelkow, albo chipsów! Dlatego jadłam tylko orzechy. Wygladaly i smakowały... bezpiecznie. Bo zelowa ryba jakos nie bardzo przypadla mi do gustu...











W tle Pan Watanabe sie zalapal :)



Przez pierwszy tydzień jedliśmy w hotelowej restauracji. Oczywiście nieodzownym punktem każdego takiego obiadku była zielona herbata. 
Mimo tego, ze uwielbiam zielona herbatę, do tej nie mogłam się przyzwyczaic, bo była... ryżowa! Także wszystko tu jest z ryzem. Śniadanie obiad i kolacja. Nawet kanapki sa z ryzem, ale o tym za chwile.

W skład takiego obiadku najczęściej wchodził ryz (jakżeby inaczej), jakieś mięso, zupa mieso, ktora my nazywałyśmy zupa ze ścierki, bo trochę tak wygląda. No i jakieś tam warzywka w ilości minimalistycznej, tez wyglądające podejrzanie czasami. Szczególnie do tych ich salatek podchodziłyśmy sceptycznie ;)
Mięso to najczesciej kurczak, albo wołowina (taka tłusta, ze na pierwszy rzut oka nawet kijem bys tego nie tknął, ale wlasnie danie z porku – tak to nazywałyśmy – smakowało mi najbardziej).
W ktoryms momencie tego miesa po prostu było już za duzo, do tego przestawienie się z polskiego jedzenia na japońskie zrobiło swoje. Nie żebym miala jakieś żołądkowe rewolucje, ale jakos straciłam apetyt, co raczej mi się nie zdarza, bo zazwyczaj jem duzo. 


Porku


Ola z Ania wcinaja tofu


czachan (nie wiem jak to sie pisze:P) czyli ryz, jajko i jakies inne gadzety


No i odkryłam kielki, ktore potem jadłam caly czas. Zresztą do tej pory je podjadam do obiadu jako sałatkę.


kielki moje :)


Oli natomiast najbardziej do gustu przypadł ramen. To taka ich typowa zupa z makaronem, podobna do rosołu. Ramen taki można jesc z kielkami, grzybami, z mięsem, można jesc łagodny, albo na ostro.

Pierwszy raz jadłyśmy go w bardzo japońskiej atmosferze, bo przy typowym niskim stole przy ktorym się klęka na poduszkach. Żeby było śmieszniej, to taka zupę tez się je paleczkami. Najpierw wsuwasz makaron, a potem pijesz resztę z miseczki.
A ze były to moje poczatki z paleczkami, nie dosc ze wyglądało to komicznie, trwało to strasznie dlugo, zanim sobie cokolwiek nabrałam i kończyło się na tym, ze zupę zazwyczaj jadałam zimna. 


Ramen.
Niech Was lyzka nie zmyli! jadlysmy palami, jak na prawdziwe Japonki przystalo! :)


A to nasz pierwszy Ramen


A teraz, jak nalezy jesc...

Wszystko tu trzeba siorbać! Wciągasz kluski - musisz siorbac, pijesz herbatę - musisz siorbac! Kiedy u nas siorbanie uchodzi za niekulturalne, w Japonii jest to oznaka, ze Ci smakuje! I siorbie się głośno, tak, żeby kucharki słyszały w kuchni, ze to co ugotowały, smakowało Ci. 
Mamy przy tym mega ubaw:
- Ty Olka, weź siorb glosniej, bo pomyślą, ze Ci nie smakuje i już nas wiecej na Ramen nie zaproszą :)

Jeszcze z takich ramenowych ciekawostek – makaron jaki sobie nabierasz na paleczki, wciągasz palami do samego końca. Nie gryzie się makaronu w polowie jak np. już masz go w buzi za dużo :)
Taka sytuacja.

Wracając do ryzu – najbardziej zaskoczyły mnie ryzowe kanapki!
W Polsce jemy na okrąglo chleb, a tutaj taka kanapka jaka rodzice daja dzieciom do szkoly jest ryz, zawinięty w nori, czyli taki wodorost, którym owija się sushi, i w środku mogą być rożne rzeczy. Tak jak w polskiej kanapce – tuńczyk, jakieś mięcho, co tam sobie zażyczysz. I wygląda to tak:


Ryzowa kanapka
c.d.n


Buziaki!