Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia japońska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia japońska. Pokaż wszystkie posty

05 stycznia 2014

Ceremonia parzenia zielonej herbaty

„Picie herbaty stało się źródłem kultu czystości, wyrafinowania, czynnością uświęconą, 
w czasie której gospodarz i gość tworzą z tego, co doczesne, najwyższe piękno”  
 Okakura Kakuzo.


Ale niech Was nie zmyli ten wyrafinowany cytat. O herbacie dzisiaj będzie, to fakt, ale nie będę pisać o nazwach japońskich, albo historii ceremonii bo mi się nie chce. Zresztą nawet mnie to nie interesuje, a geneza ceremonii nie wydała mi się na tyle ciekawa, żeby o tym pisać.
Opiszę Wam jak to wygląda oczami blondynki.

Nowy Rok w Japonii świętuje się kilka dni, nie tak jak w Polsce tylko 1 stycznia. W związku z tym jedną z możliwości świętowania jest uczestniczenie w ceremonii parzenia zielonej herbaty.

Naczytałam się książek o gejszach i Japonii (dokładnie całe dwie;-) o obrzędzie związanym z herbatą, a że jestem kompletnie zfazowana na punkcie doświadczania rzeczy i odwiedzania miejsc, o których czytałam lub oglądałam filmy, jak usłyszałam, że Shinji chce nas właśnie zabrać na taką ceremonię, skakałam z radości!

Rzecz działa się na tyłach sklepu z pamiątkami. Przywitała nas piękna, chociaż mająca już swoje lata Japonka, ubrana w szare kimono we wzory w paski z pięknie upiętymi ozdobną spinką włosami. Kącik w którym miała się odbyć ceremonia był, jak to po japońsku, cudownie skromny. A że należę do osób które, tu cytat: "wolą zjeść gówno podane na złotej tacy, niż kawior z jednorazówki", to cieszyłam się już na sam fakt przebywania w takim miejscu w towarzystwie kobiety, która przez lata uczyła się herbatkowego kunsztu (serio, żeby sprawować ceremonie parzenia herbaty, przez lata należy uczyć się tego w specjalnej szkole). 

Czytałam o tym, że ceremonia ma być zwykłą codzienną czynnością wykonaną w taki sposób, aby osoby biorące w niej udział miały wrażenie, że biorą udział w czymś zupełnie niezwykłym, niecodziennym.
Przyglądałyśmy się pracy herbaciarki (ta Pani chyba by się obraziła, gdyby się dowiedziała jak ją nazywam), która każdy ruch wykonywała z takim wdziękiem, kunsztem i lekkością, że nie mogłyśmy oderwać od niej oczu. Na żywo byłyśmy zbyt przejęte, żeby przyglądać się szczegółom jej ruchów, dopiero potem na filmie (którego kurcze nie mogę coś załadować, co by Wam pokazać) dostrzegłyśmy mnóstwo wysmakowanych gestów, które choć na pozór zwyczajne i naturalne, wypełnione były niezwykła gracją i pięknem.

Na środku znajdował się kociołek z gotującą się wodą, którą Pani herbaciarka co chwilę nie tyle co mieszała, co wlewała do drewnianego kubeczka z długą rączką i spowrotem wylewała zawartość do czarki z wodą.
Następnie przygotowała naczynia do picia zielonej herbaty. Nie, nie kubki, czy filiżanki tylko porcelanowe miseczki, w których my zazwyczaj jemy na śniadanie płatki z mlekiem (cóż za profanacja!). Opłukała je wodą po czym wsypała do niej bambusową łyżeczką (raczej szpachelką, przypominającą trochę narzędzie dentystyczne) 3 porcje sproszkowanej zielonej herbaty, która wyglądała jak jakiś magiczny proszek prosto z bajki, miał po prostu przepiękny, intensywny zielony kolor, w kuchni niespotykany (ale co ja tam wiem o kuchni;)

W końcu herbaciarka nalała wody do miseczki z herbatą, po czym zawartość wybełtała bambusową trzepaczką co mi się najbardziej spodobało, bo herbata zamiast normalnej nabrała konsystencji piankowej. Oczywiście taką miseczkę, którą Pani herbaciarka podała bardzo ceremonialnie, również należało trzymać w odpowiedni sposób, czego już nie ogarnęłam, bo mam jakieś zgrabiałe ręce i do tej pory mam problem nawet  z trzymaniem pałeczek.

Przed wypiciem mieliśmy się poczęstować słodkościami jakie Pani herbaciarka przygotowała, żeby fajnie kontrastowały z gorzką zieloną herbatą.
Taki obrzęd wykonała w sumie 5 razy po kolei dla wszystkich.





nawet gdyby podała mi cykutę to wypiłabym ją z pełnymi uwielbienia oczami zwłaszcza w takiej pięknej miseczce ;-)

magiczny puder






"...bo najładniejsze zdjęcia to my mamy jak jemy"





Przeczytałam gdzieś w internecie, że "gość któremu podaje się herbatę powinien podziękować słowami: „Otemae chodai itashimasu” i unieść czarkę w górę, obracając ją trzykrotnie. Wypija herbatę dokładnie trzema i pół łykami, ostatki wypada wypić siorbiąc. Wyciera czarkę kciukiem i palcem wskazującym, później dopiero wyciera palce i oddaje czarkę gospodarzowi, który po wypłukaniu jej zimną wodą (w mizuashi), czyni cały proces od początku, w intencji następnego gościa". Jakiś kosmos.
I jeszcze z takich ciekawostek - umiejętność parzenia zielonej herbaty to w Japonii atrybut przyszłej panny młodej :-) Uczcie się dzierlatki!



To była najlepsza herbata jaką w życiu piłam.
.

Za równy miesiąc się widzimy!

30 grudnia 2013

japońskie zakupy, japońskie jedzenie

Nie wiem, czy Wy też hołdujecie tradycji, że w pierwszy albo drugi dzień świąt jedzie się do MC Donalnda albo na pizze. Tak o, dla pogwałcenia tradycji i ku oburzeni babć i mam :P
Tradycji stało się zadość, dlatego drugiego dnia świąt pojechałyśmy na zakupy poświąteczne i japońskie jedzenie.
Tym razem trafiło na udon. Jakiś takie kluski, makaron tylko trochę grubszy i bardziej miękki. A wszystko pływało w zupie z jajkiem. Pyszności!

Udon

 W naszej ulubionej restauracji serwuje się też wielkie lody (trochę oszukane, bo puste w środku, ale co tam, wygląda fajnie). I takie lody je się pałami! W tym cały fun.





Wrzucam relacje z ramenu, lodów i zakupów. Niech Was nie zmyli to piękne słoneczko. Teraz Yuguchi jest kompletnie zasypane śniegiem. Filmiki były nagrywane jakies miesiąc temu (nie z wczoraj, ale schemat i tak się powtarza;)




Kontrakt mi się kończy, a ja chyba powoli wpadam w depresję co objawia się wydawaniem „ciężko zarobionej napiwkowej” kasy na Stujenowe Sklepy.
I na tych zakupach udało nam się znaleźć takie smaczki:






W niedziele też byłyśmy z Shinjim na wycieczce, ale w sumie nie ma co opowiadać, bo dzień wcześniej mieliśmy imprezę w Aparto, więc cały dzień byłyśmy wczorajsze i na nic innego nie miałyśmy siły, oprócz Stujenaczów oczywiście i wydawania kasy.
W następnej notce napiszę o tym jak tutaj „imprezujemy”.

Jeśli chodzi o plany Sylwestrowe, to mamy w planach świętować dzisiaj, bo jutro mamy wolne (drugie w  ciągu 3 miesiący) dlatego chcemy chociaż ten jeden spędzić bez make up’u, bez strojenia się i w piżamach
W sumie dobrze. Zawsze chciałam przespać Sylwestra.


Na koniec podsumowanie.

W 2013 roku zaliczone:
- 6 miesiący we Francji
        * uciekanie przed paryskimi kanarami i mandat za brak biletu
        * fajerwerki pod wieżą Eiffla 4 lipca
- 3 miesiące w Japonii, w tym:
        * śpiewanie dla Japońskiej telewizji
- dwie stolice Europejskie, w tym
        * amsterdamskie ganianie za utraconym portfelem i laptopem
        * budapesztańskie imprezy
- kolejny Woodstock
- skończony licencjat, zaczęta magisterka
- prawie 4 tyś. kilometrów autostopem
- telefon od Pana Marka, że jadę do Japonii
- urodzinowy prezent dla Grety
- poznanie Giuseppe Turchiaro
- 12 przeczytanych książek


Ma ktoś ochotę zrobić własne zestawienie? Jestem bardzo ciekawa które momenty uważacie za najbardziej ciekawe w 2013 roku.

Szczęśliwego, tego Nowego :)


12 grudnia 2013

English Camp i Harlem Shake :)

W niedzielę byłyśmy z Shinjim na English Campie w Kanegasaki zorganizowanym dla japońskich dzieciaków.Myślałyśmy, że będzie to event podobny do tego ostatniego, międzynarodowego, na którym najadłyśmy się za darmo, pogadałyśmy chwile i pojechałyśmy.

Jakie więc było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że mamy podczas tego Campa pełnić funkcje estetyczno-nauczycielskie i nijak się nie da od tego wywinąć. 
Byłyśmy jedną z głównych atrakcji tego wydarzenia z racji tego, że wyglądałyśmy inaczej i mówiłyśmy po angielsku.

Okazało się jednak, że było baaardzo fajnie!

Prowadzili to ludzie ze Stanów, którzy mieszkają już w Japonii na stałe i uczą dzieciaki angielskiego w szkołach.
Oczywiście kazano nam się przedstawić i zaraz po tej oficjalnej części, kadra z grubej rury postanowiła, że na dobry początek, na rozluźnienie, nagramy sobie Harlem Shake’a J
Ja z Olą oczywiście lałam, kiedy Amerykańce zaprezentowali filmiki instruktażowe jak to powinno w ogóle wyglądać. Po minach Japończyków, widać było, że moda na Harlem Shake’a nie dotarła chyba do Japonii, ani ich to za bardzo nawet nie śmieszyło.
W każdym razie dzieciaki w końcu podłapały.
Dostaliśmy stroje i tańczyliśmy jak debile przez 30 sekund ;-)


Do listy rzeczy, których nie spodziewałam się robić w Japonii oprócz gotowania mogę dorzucić Harlem Shake’a ;-)
Niestety jeszcze nie dostałam filmiku. Jak tylko go zdobędę, to wrzucę.

W międzyczasie dzieciaki musiały pokolorować plakat, w którym prezentowały wszystkie skojarzenia z Iwate, naszą prefekturą (czymś takim jak polskie województwo).


Szparag powożący dwa psy...
Takie rzeczy mógł wymyślić tylko Japończyk.

Trzeba im przyznać, że malować to oni umieją!

Tak jeden chłopczyk namalował Japonię

Tańczące zupki też robiły robotę







Oprócz tego kazano im napisać coś o tym, co namalowały. Ja starałam się podchodzić do dzieciaków, pomagać im, rozmawiać po angielsku. W rezultacie zyskałam nowe, na oko 12-letnie psiapsiółki, które pytały czy mam chłopaka i czy go kocham, a każdą moją odpowiedź kwitowały przeciągłym i rozpływającym się „aaaaaach!” lub „oooooooch!”. Nie obyło się oczywiście bez śpiewania, więc śpiewałam po japońsku i dawno nie widziałam takiego szczerego zachwytu w oczach! W ramach naszej dozgonnej sympatii zostałam obdarzona serduszkami z origami J.
Wpadłam również w nieopanowany zachwyt nad piórnikiem jednej z moim nowych psiapsiółek!


... i oczywiście ja jako zapalona Woodstockowiczka wpadłam w niepohamowany zachwyt!
Dopiero później zostałam sprowadzona na ziemię kiedy okazało się, że Woodstock to imię jakiegoś ptaka z bajki
.
Tego właśnie:



Moje nowe psiapsióły

Serduszka z origami
Moje imię po japońsku
Zostaliśmy również zaproszeni na lunch składający się z ryżu skomponowanego na kształt japońskiej flagi (mówiłam Wam, że jedzenie ma wymiar bardzo symboliczny, oto dowód!).



Shinji, Ola i ja
(mam nadzieję, że nie zostanę zjedzona przez Olę, za wrzucenie zdjęć z nią, bo ostatnio rzuciła na mnie fochem stulecia ;) Powód: nieznany. Sama zainteresowana nie chce nic powiedzieć.
(Ile trwają zazwyczaj dziewczyńskie fochy? Bo ja już nie pamiętam, dawno już wyszłam z podstawówki... Jakby ktoś coś wiedział w tej sprawie proszę się ze mną kontaktować ;-)
Następnie brałam udział w różnych grach i zabawach. Miedzy innymi w grze nazywającej się „Capture the flag”. Trzeba było zdobyć flagę przeciwnej drużyny i nie zostać przy tym dotkniętym, bo wtedy lądowało się w „więzieniu”. Taka Amerykańska gra.
No i biegałam w moich białych trampkach po polu pełnym błota.
Tutaj znów dała o sobie znać japońska powściągliwość. Rzadko kto atakował (w przeciwieństwie do mnie, dlatego cały czas lądowałam w więzieniu dopóki mnie ktoś nie wybawił). Dzieciaki wolały bronić swojej flagi, niż atakować i zdobywać punkty.




Przyrządzaliśmy również ciasteczka z pianek, herbatników i czekolady. Takie proste, a jak cieszy. To też podobno bardzo amerykańska rzecz. Na pewno będę praktykować, bo lubię wszystko przy czym można się pobrudzić i nie wymaga użycia patelni (pozdrowienia dla Magdy która solidaryzuje się ze mną w przekonaniu, że gotowanie to żadna przyjemność ;)

Filmik instruktażowy by Filifionka:
Ten nauczyciel z początku filmiku był jakiś nieporywający, dlatego postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce ;)



Nasza cała ekipa
W ogóle bardzo podobał mi się Shinji podczas tego całego eventu. Czuł się jak ryba w wodzie. Pomagał dzieciakom, angażował się, nie robił za ozdobę, która tylko czeka na darmowe żarcie. A już w ogóle chciałam go wyściskać, kiedy podsłuchałam jak nasz 53 letni Shinji rozmawia z którymś Amerykaninem.
 - Shinji, byłeś kiedyś kiedyś w Stanach?
- Nie, ale na pewno muszę tam pojechać!
Te słowa nie oddają tego, ale na mnie wywarło to niemałe wrażenie. Zwłaszcza ta nadzieja w jego głosie i pewność we własne słowa, które nie były tylko słodką odpowiedzią, żeby podtrzymać rozmowę.
Podziwiam Shinji'ego za wiarę w możliwość spełniania swoich marzeń.

08 grudnia 2013

Chętnie zjadłabym fugu, ale chciałabym przeżyć


To bohaterka dzisiejszego posta.

Mówi się, że Japończycy zjedzą wszystko co znajduje się pod wodą, oprócz łodzi podwodnej. 
Są tak sfazowani na punkcie kuchni, że nawet ryby, stworzenia wodne, zwierzęta o których istnieniu nie mamy pojęcia, czy nawet trujące grzyby, i ryby potrafią przyrządzić jako potrawę. Takim przykładem jest własnie Fugu.

W Japonii mówi się: „Chętnie zjadłbym fugu, ale chciałbym przeżyć”. 
Ryba jest paskudna z wyglądu, w chwili zagrożenia nadyma się jak piłka z kolcami, ma wielkie oczy i do tego powieki, którymi sobie mruga. 



Fugu niepozorna

Fugu wkurzona



Problem w tym, że jej wątroba i żeńskie gruczoły odpowiadające za reprodukację zawierają tetrodoksynę, jedną z najsilniejszych trucizn, 120 razy bardziej zabójczą niż cyjanek. Ilość takiego specyfiku, która zabiłaby dorosłego człowieka mieści się na główce od szpilki, a cała porcja zabiłaby 30 osób. 
Najlepsze jest to, że fugu nie ma jakiś niewiadomo jakich walorów smakowych (zresztą nie wiem, nie jadłam, czytałam o tym, niekoniecznie chcę się o tym przekonać…). Cała zatem jej wyjątkowość polega na tym, że jedząc ją, można kopnąć w kalendarz. Żeby było śmieszniej, niewystarczająca ilość trucizny sprawi, że człowiek będzie konał w męczarniach przez wiele dni

Taka sytuacja.


.Kompletnie inna kultura jedzenia. Zresztą o tym pisałam w poprzednim poście. My znajdujemy przyjemność w smaku, w obżeraniu się do granic możliwości, tym czasem w Japonii jedzenie ma wartość przede wszystkim symboliczną i zaspokaja inne potrzeby niż głód.

Oczywiście pojawia się pytanie, a co jeśli kucharz niestarannie oddzieli taką wątrobę i gonady od reszty mięsa?

A to, że rocznie około 100 osób zjada fugu na swoją ostatnią wieczerzę.
Fugu podaje się w bardzo drogich, ekskluzywnych restauracjach, a kucharze przechodzą specjalne szkolenie, które uczy ich jak oddzielać truciznę od właściwego jedzenia. Mimo tego, że każda taka restauracja zapewnia, że nie istnieje żadne ryzyko związane z jedzeniem ryby, a wszystko jest przygotowane jak należy, fugu jest jedyną potrawą, której nie wolno podać japońskiemu cesarzowi.

Podano do stołu


Taka przyjemność kosztuje 65 tysięcy jenów, czyli jakies 1500zł.

Ktoś reflektuje?

Pewnie myślicie sobie jeszcze, że przygotowanie takiej ryby (oddzielenie tego wszystkiego) zajmuje dużą ilość czasu i przypomina pracę chirurga, który z lupą i skalpelem dziobie w tej rybie.

No...

To polecam filmik:



A czy teraz ktoś reflektuje? :-)



W ogóle jakiś taki śmiercionośny wyszedł ten post, ale przeczytałam o tej rybie w książce pt. „Japoński Wachlarz” i tak mi się to wczytało, że nie mogłam się uwolnić od myśli o tym! 

Jak dla mnie kompletnie nie do pojęcia. Tak nie do pojęcia, że z tego wszystkiego poszłam ostatnio do MC Donalda. I mimo że to też zabójca, to jednak tańszy i mam wrażenie, że już więcej czasu w porównaniu do fugu, poświęca się tam przyrządzeniu hamburgera. 

06 grudnia 2013

Co jem?

Jeśli ktoś myśli, że nic innego tutaj nie jem tylko sam ryż… to ma racje ;-) 
No może trochę przesadzam, ale faktem jest, że przez dwa miesiące, kiedy tutaj jestem, zjadłam już jakieś 3 kilo ryżu! To chyba więcej niż w całym moim życiu. Faktem jest, że je się go tutaj do wszystkiego, nawet na śniadanie, a że moje zdolności przystosowawcze, albo raczej brak zdolności kulinarnych sprawiają, że niemal codziennie jem tu ryż, który jest bardzo kleisty i bardzo smaczny!

Smaczny…

W kuchni Japońskiej priorytetem nie jest to, żeby danie było smaczne. Kuchnia w Japonii jest sztuką przez duże „S” jak to mawiała moja nawiedzona nauczycielka z liceum na lekcjach WOKu.
W praktyce oznacza to, że kiedy my w Polsce zajadamy się niegrzeszącym urodą bigosem, takim mega przyprawionym, o bardzo wyrazistym smaku, albo jeszcze lepiej – kiełbasą, która już w ogóle przypomina… No co tam komu przypomna ;-) Kuchnia Japońska to równowaga pomiędzy minimalizmem, wyglądem potraw, fakturą i smakiem. 
W praktyce wygląda to tak, że nawet najprostsze dania muszą zatem wyglądać ładnie. Bardzo możliwe również, ze zostaniemy zbesztanii przez broniącego swojej dumy Japończyka, który usłyszy z naszych ust, że np. taki ryż, albo tufu nie ma smaku. A już w ogóle popełni harakiri kiedy do takich potraw, przyzwyczajony do wyrazistego smaku człowiek z zachodu, doda keczup, albo zaleje sobie ryż sosem sojowym. 
A takie profanacje nam się tutaj zdarzały.

Kuchnia w Japonii to istna filozofia życia. Nawet słowo „kuchnia” byłoby tu dość nie na miejscu, bo jedzenie wkracza tutaj w znacznie więcej sfer życiowych.
W Japonii każda potrawa ma jakieś znaczenie, jakiś symbol. Nie jest to tylko zwykłe danie, przeznaczone do jedzenia, ewentualnie chwilowego delektowania się. Takie potrawy symbolizują daną porę roku, albo szczególną okazję. Wycięty z marchewki listek będzie symbolizował jesiennie liście, a biała galaretka rybna pływająca w zupie będzie symbolizowała fazy księżyca. Ta kleista kluska, która kupuje nam zawsze podczas podróży Shinji, znamy już nazwę – „mochi” ma przynosić ogromną siłę. Wiara w to jest tak duża, że nawet przypadki zadławienia, których ofiarami padają staruszkowie nikogo nie zrażają.


Oczywiście podstawą są ryby.  Japończycy pochłaniają 1/6 ryb zjadanych na świecie. Uważane są one tutaj za wspaniałe, piękne istoty, do tego stopnia, że co roku odbywają się ceremonie na cześć tych ryb, które zostały zjedzone przez Japończyków, a także tych ryb które zmarły śmiercią naturalną (?!).

I ja im uległam. Co tydzień kupuję sobie ze 3 rybki. W Polsce praktycznie w ogóle się tego nie je ze względu na cenę, więc przynajmniej tutaj sobie odbijam, bo nie dość, że to zdrowe, to jeszcze nie szkodzi po kieszeniach.
Najlepsze jest to, że niektóre ryby je się na żywca.
Np. taka specjalność pod tytułem „Tańcząca krewetka” to pijana krewetka spita sake, której na żywca ucina się głowę, patroszy, przytwierdza do ryżu, owija wodorostem i kładzie się jeszcze podrygującą na talerzu potencjalnego jedzącego. Ten chwyta ją za ogon nim zdąży odskoczyć, macza w sosie i zjada ze smakiem.

Tańcząca krewetka

Jeszcze inną taką mrożącą krew w żyłach jest potrawa o nazwie „Piekielne Tofu”. Jej piekielność polega na tym, że do stopniowo podgrzewanego rosołu, w których pływają żywe rybki, wrzuca się zimną kostkę tofu. Rybki, chcąć uchronić się przez gorącem wbijają się w nią i giną dopiero wtedy kiedy i kostka zawrze. Jakaś masakra po prostu!

Oprócz tego jem bardzo dużo sushi (o którym zapewne też powstanie jakaś osobna notka), oprócz tego nieodzowny kurczak, którego sobie gotuje. A co!
Co tydzień jest u mnie szpinak i brokuły. Po prostu uwielbiam wszystko co zielone!
Bez skojarzeń ;-)
Staram się tutaj zdrowo odżywiać. W domu jem to co gotuje babcia, dlatego nie ingeruje w to, czy coś jest zdrowe czy nie. Ale jeśli mam już sobie sama przygotowywać posiłki (gotowaniem tego nie można nazwać) to mimo tego, że niekoniecznie jest to zawsze smacznie, niech to chociaż będzie zdrowe.
Do obiadku zawsze wjeżdża sałatka z dodatkiem surimi, takich paluszków krabowych, które pewnie koło kraba nawet nie leżały. Rano zawsze jem muesli z bananem, dużo owoców.

Surimi

Japończycy nie mają tutaj dużo takich „ichszych” owoców oprócz pomarańczowych kaki, które rosną na drzewach i są bardzo słodkie. Zresztą w Polsce też można je znaleźć, tylko może niekoniecznie rosnące na drzewach. Mnie jakoś nie szczególnie przypadły do gustu.

Kaki

Praktycznie codziennie jem też tuńczyka, który jest bardzo tani tutaj. Robię sobie prowizoryczne kanapki z chleba tostowego, który bardziej przypomina watę i jest ciągle świeży nawet po dwóch tygodniach. Niestety innego chleba tutaj nie mają, co jest powodem mojego cierpienia. Dlatego ostatnio zaczęłam kupować bagietki, co by sobie chociaż móc coś pogryźć, bo tamten „chleb” się po prostu połyka. 
Nieodłącznym elementem jest oczywiście zielona ryżowa herbata, którą tutaj piję namiętnie (chociaż z tą zieloną herbatą też trzeba ostrożnie, bo w ilościach, w jakich ją tutaj pijemy zaczyna się robić niebezpiecznie).

Moje potrawy tutaj nie są ani wykwintne, ani zróżnicowane, ale moje! Więc i tak należą mi się oklaski, bo nie umarłam z głodu.
Oczywiście dziewczyny tutaj się prześcigają w pieczeniu ciast, babeczek, zupek, zapiekanek i wszystkich innych rzeczy, których nawet  moja babcia pewnie nie umie (jedyna umiejąca gotować osoba w moim domu. Pozdrawiam babcie Marysie!). I zawsze coś tam od nich podpatruje, ale żebym jarała się tym jak one to już nie ;-)
W kuchni nadal czuję się jak małe dziecko, które nie powinno się krzątać w pobliżu, żeby przypadkiem się nie pobrudzić.

W tym miejscu pojawia się pytanie: to w jaki sposób przeżyłaś pół roku w Turcji i pół roku we Francji na własną rękę?
W Turcji gotowała Greta, we Francji Matthieu.

I wiedziałam, że w tym kolejnym państwie w jakim przyszło mi mieszkać na pewno zdobędę jakieś nowe doświadczenia, poznam dużo nowych ludzi, kulturę i język. Nie podejrzewałam jednak w najśmielszych snach, że podczas tego wyjazdu nauczę się gotować :-)

24 listopada 2013

Międzynarodowo

Byliśmy dzisiaj z Shinjim na takim międzynarodowym Evencie. Niestety tylko tyle mogę powiedzieć o tym wydarzeniu. Po co, dla kogo, z jakiej okazji to już nie wiem.

Wszystko się odbywało w czymś takim jak Dom Kultury czy coś. Zamysł był taki, że każde stoisko to inny kraj. Nie było to może zorganizowane na najwyższym poziomie, stoiska też nie odznaczały się od siebie jakoś specjalnie. Ale poznałyśmy bardzo dużo fajnych ludzi. Między innymi pewnego Chińczyka, który prowadzi sklep w Hanamaki, mieście obok naszej wioski. Mega pozytywny, cieszący się jak do sera, skośnooki Chińczyk. 
Nie obyło się bez foty oczywiście. A najlepsze jest to, że jak ktoś tylko chce sobie zrobić z nami zdjęcie, to ludzie naokoło też zaraz wyciągają aparaty i robią sobie z nami, albo nam zdjęcia. 
No gwiazdy po prostu, albo oni myślą, że jesteśmy jakimiś gwiazdami, że ludzie sobie z nami zdjęcia robią ;-)

To Chińczyk właśnie

Mamy ogólnie coś takiego, że jak tylko zobaczymy jakieś „białe twarze”, czyli nie-Japończyków to zaraz zagadujemy. I w ten sposób poznałyśmy Niemca, który stał na Niemieckim stanowisku. Mieszka w Japonii od 24 lat ze swoją żoną, Japonką. W Japonii prowadzi hotel. Dobrze mieć znajomości, bo akurat jak ktoś będzie chciał mnie odwiedzić to zniżki już zagwarantowane!

Na stanowisku hiszpańskim zjadłyśmy tortille, piłyśmy jeszcze jaśminową herbatę (cudowny zapach!), ale nijak się ona ma do naszej ryżowej, którą po prostu uwielbiam. 
Lepiej się przygotujcie, bo każdy dostanie ode mnie taką herbatę i niech mi tylko ktoś powie, że pachnie rybą, to chyba będę dusić gołymi rękami! J

Za każdym razem jak jeździmy gdzieś z Shinjim to pieczemy mu jakieś ciasto, albo babeczki. To znaczy nie ja! Broń Boże biednego Shinjiego, gdyby miał kosztować moje wypieki. Zmierzam do tego, że w podzience Shinji też zawsze kupuje nam różne smakołyki. 
Długo rozkminiałyśmy z Olą jak w ogóle nazwać ten przysmak, który kupił nam dzisiaj. Po długich naradach stwierdziłyśmy, że to taka "ryżowa klusko-żelka ze słono-słodkim sosem sojowym".  Smakuje dokładnie tak jak wskazuje nazwa – dziwnie.




Najważniejszym punktem tej wycieczki był koncert w ramach tego międzynarodowego eventu. Grało trio. Babeczka na pianinie, chłopaczek na perkusji i gościu na basie. Bardzo fajny klimacik jazzowo-bossanowy. Bardzo mi się podobało. Każde z nich było kompletnie z innej parafii, ale to co grali tworzyło taką syntezę, że nawet mi się podobało, choć nie przepadam za tego typu muzyką.

Wygladało to dość biednie, ale grupa dała czadu! Zwłaszcza babeczka po lewej machała głową cały czas, chociaż grała na pianinie, jakby była na jakiś koncercie metalowym :)


Po koncercie można było zadawać muzykom pytania. No i jeden facet zapytał o coś, oni odpowiedzieli i ... nastała taka niezręczna cisza. I zazwyczaj właśnie w takich sytuacjach głos zabiera Filiczkowska. Zgłosiłam się, dali mi mikrofon i powiedziałam po angielsku, że bardzo podobał mi się koncert, że byłam miło zaskoczona, bo nie spodziewałam się muzyki na tak dobrym poziomie, że mimo tego, że są tak zróżnicowani, to tworzą zgrane trio. I ogólnie tego typu ochy i achy.
Gdy wychodziliśmy z sali zapytałam ich jeszcze kiedy odbywa się och kolejny koncert. Okazało się, że dzień przed Bożym Narodzeniem. Porozmawialiśmy jeszcze chwile, podczas której wyszło, że śpiewam w hotelu.
W pewnym momencie znów się na nich natknęłam. Tym razem zapytali, czy nie chciałabym zaśpiewać podczas koncertu kolęd 23 grudnia o godzinie 19:00. Oczywiście zgodziłam się! Powiedziałam jednak, że miałabym problem z transportem, bo o 21:00 muszę już stawić się w hotelu na show.
Wtedy wkroczył Shinji i zaczął z nimi rozmawiać. Ja stałam jak taka trusia i nic nie rozumiałam. Pewnie mówił im o tym, jak to trzymają nas w hotelu i nigdzie nie możemy się ruszyć, że musimy codziennie pracować i zapewne byłoby to bardzo trudne do zorganizowania, żebym zaśpiewała na tym koncercie! 
Po prostu pełna frustracja, bo nawet nie mogłam się odezwać.
W końcu stanęło na tym, że mam się z nimi kontaktować.

Oczywiście kiedy taka w skowronkach powiedziałam o tym dziewczynom to od razu zaczęło się gadanie typu „Przecież z Morioki do naszej wsi jedzie się godzinę, jak Ty chcesz zdążyć na show?!”.

Spoko spoko, jak komuś zależy, to awionetką przyleci! Już ja się o to postaram! 
No może nie o awionetkę, ale coś na pewno wymyślę.

Jak dzieci specjalnej troski po prostu ;-)


Potem pojechałyśmy na zakupy do lumpeksów, w których zaopatrzyłam się w szkło, czyt. kubeczki do herbaty i kieliszki do sake. Już po prostu nie mogę się doczekać kiedy przyjadę i będę rozdawać to wszystko!

W kolejnym lumpeksie zakochałam się w antykach!
No i zachorowałam na parasolkę, ewentualnie na wachlarz.  Bardzo spodobały mi się też japońskie arrasy, jeśli tak to mogę nazwać.




W kolejnym lumpeksie (!) takim już ciuchowym wyhaczyłam przepiękny żakiet!

Nie mogę tu ze swojej miny ;) ale żakietem musiałam się pochwalić. Kosztował mnie niecałe 60zł


Jestem bardzo zadowolona po dzisiejszym dniu. Z zakupów, z koncertu, z tego, że poznałam tych muzyków.

Bardzo fajny dzień J

W ogóle napisałam ten post bez ładu i składu. Gdybym tam nie była to chyba nie wiedziałabym, co napisałam. To wszystko przez te motyle w brzuchu... :-)