Dzisiaj bez zbędnych notek. Odzyskałam swojego lapa. Wrzucam kolejny filmik :-)
30 października 2013
27 października 2013
Jedzenie part.1
Niestety nie uda mi się wrzucić filmów w kolejnych notkach, bo ciągle jeszcze mam problemy z laptopem i stoję w miejscu. Mam jednak to szczęście, ze nie muszę się za każdym razem prosić dziewczyn, żeby cokolwiek na blogu napisać.
Wiem, ze niektórzy nie mogą się już doczekać naszych scenicznych popisów (taaakie jesteśmy przeciez Gwiazdy :P), ale jeszcze chwila cierpliwości. Na dniach dostane nowy kabel do laptopa i wszystko będzie działać już jak należy :-)
Z gory przepraszam za brak polskiej pisowni. Poprawilam co moglam...
I strasznie zaluje, ze nawet nie moge wstawic ladnych, obrobionych zdjec, zeby w calej okazalosci pokazac jakie tutaj jemy fajne rzeczy.
Pozdrawiam mamę Oli, która śledzi bloga i podobno nie moze się doczekać kolejnych wpisów. Pani Mario, wpis dedykowany specjalnie dla Pani :)
Po pierwszym udanym show, pani Ewa i Pan Watanabe zrobili nam niespodzianke w postaci malego japońskiego poczęstunku. Piliśmy śliwkę, czyli taki japoński likier śliwkowy (bardzo niepozorny, bo pilo się go jak soczek, ale nagle wszyscy zrobiliśmy się wesolutcy).
Mieliśmy tez takie „ichsze”przekaski np.kawałki ryby, kiełbasy, ryz, i mieszanka orzechowa.
I wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, ze wszystkie te przekąski były w postaci zelkow, albo chipsów! Dlatego jadłam tylko orzechy. Wygladaly i smakowały... bezpiecznie. Bo zelowa ryba jakos nie bardzo przypadla mi do gustu...
Przez pierwszy tydzień jedliśmy w hotelowej restauracji. Oczywiście nieodzownym punktem każdego takiego obiadku była zielona herbata.
Mimo tego, ze uwielbiam zielona herbatę, do tej nie mogłam się przyzwyczaic, bo była... ryżowa! Także wszystko tu jest z ryzem. Śniadanie obiad i kolacja. Nawet kanapki sa z ryzem, ale o tym za chwile.
W skład takiego obiadku najczęściej wchodził ryz (jakżeby inaczej), jakieś mięso, zupa mieso, ktora my nazywałyśmy zupa ze ścierki, bo trochę tak wygląda. No i jakieś tam warzywka w ilości minimalistycznej, tez wyglądające podejrzanie czasami. Szczególnie do tych ich salatek podchodziłyśmy sceptycznie ;)
Mięso to najczesciej kurczak, albo wołowina (taka tłusta, ze na pierwszy rzut oka nawet kijem bys tego nie tknął, ale wlasnie danie z porku – tak to nazywałyśmy – smakowało mi najbardziej).
W ktoryms momencie tego miesa po prostu było już za duzo, do tego przestawienie się z polskiego jedzenia na japońskie zrobiło swoje. Nie żebym miala jakieś żołądkowe rewolucje, ale jakos straciłam apetyt, co raczej mi się nie zdarza, bo zazwyczaj jem duzo.
No i odkryłam kielki, ktore potem jadłam caly czas. Zresztą do tej pory je podjadam do obiadu jako sałatkę.
Oli natomiast najbardziej do gustu przypadł ramen. To taka ich typowa zupa z makaronem, podobna do rosołu. Ramen taki można jesc z kielkami, grzybami, z mięsem, można jesc łagodny, albo na ostro.
Pierwszy raz jadłyśmy go w bardzo japońskiej atmosferze, bo przy typowym niskim stole przy ktorym się klęka na poduszkach. Żeby było śmieszniej, to taka zupę tez się je paleczkami. Najpierw wsuwasz makaron, a potem pijesz resztę z miseczki.
A ze były to moje poczatki z paleczkami, nie dosc ze wyglądało to komicznie, trwało to strasznie dlugo, zanim sobie cokolwiek nabrałam i kończyło się na tym, ze zupę zazwyczaj jadałam zimna.
A teraz, jak nalezy jesc...
Wszystko tu trzeba siorbać! Wciągasz kluski - musisz siorbac, pijesz herbatę - musisz siorbac! Kiedy u nas siorbanie uchodzi za niekulturalne, w Japonii jest to oznaka, ze Ci smakuje! I siorbie się głośno, tak, żeby kucharki słyszały w kuchni, ze to co ugotowały, smakowało Ci.
Mamy przy tym mega ubaw:
- Ty Olka, weź siorb glosniej, bo pomyślą, ze Ci nie smakuje i już nas wiecej na Ramen nie zaproszą :)
Jeszcze z takich ramenowych ciekawostek – makaron jaki sobie nabierasz na paleczki, wciągasz palami do samego końca. Nie gryzie się makaronu w polowie jak np. już masz go w buzi za dużo :)
Taka sytuacja.
Wracając do ryzu – najbardziej zaskoczyły mnie ryzowe kanapki!
W Polsce jemy na okrąglo chleb, a tutaj taka kanapka jaka rodzice daja dzieciom do szkoly jest ryz, zawinięty w nori, czyli taki wodorost, którym owija się sushi, i w środku mogą być rożne rzeczy. Tak jak w polskiej kanapce – tuńczyk, jakieś mięcho, co tam sobie zażyczysz. I wygląda to tak:
c.d.n
Buziaki!
Wiem, ze niektórzy nie mogą się już doczekać naszych scenicznych popisów (taaakie jesteśmy przeciez Gwiazdy :P), ale jeszcze chwila cierpliwości. Na dniach dostane nowy kabel do laptopa i wszystko będzie działać już jak należy :-)
Z gory przepraszam za brak polskiej pisowni. Poprawilam co moglam...
I strasznie zaluje, ze nawet nie moge wstawic ladnych, obrobionych zdjec, zeby w calej okazalosci pokazac jakie tutaj jemy fajne rzeczy.
Pozdrawiam mamę Oli, która śledzi bloga i podobno nie moze się doczekać kolejnych wpisów. Pani Mario, wpis dedykowany specjalnie dla Pani :)
Po pierwszym udanym show, pani Ewa i Pan Watanabe zrobili nam niespodzianke w postaci malego japońskiego poczęstunku. Piliśmy śliwkę, czyli taki japoński likier śliwkowy (bardzo niepozorny, bo pilo się go jak soczek, ale nagle wszyscy zrobiliśmy się wesolutcy).
Mieliśmy tez takie „ichsze”przekaski np.kawałki ryby, kiełbasy, ryz, i mieszanka orzechowa.
I wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, ze wszystkie te przekąski były w postaci zelkow, albo chipsów! Dlatego jadłam tylko orzechy. Wygladaly i smakowały... bezpiecznie. Bo zelowa ryba jakos nie bardzo przypadla mi do gustu...
| W tle Pan Watanabe sie zalapal :) |
Przez pierwszy tydzień jedliśmy w hotelowej restauracji. Oczywiście nieodzownym punktem każdego takiego obiadku była zielona herbata.
Mimo tego, ze uwielbiam zielona herbatę, do tej nie mogłam się przyzwyczaic, bo była... ryżowa! Także wszystko tu jest z ryzem. Śniadanie obiad i kolacja. Nawet kanapki sa z ryzem, ale o tym za chwile.
W skład takiego obiadku najczęściej wchodził ryz (jakżeby inaczej), jakieś mięso, zupa mieso, ktora my nazywałyśmy zupa ze ścierki, bo trochę tak wygląda. No i jakieś tam warzywka w ilości minimalistycznej, tez wyglądające podejrzanie czasami. Szczególnie do tych ich salatek podchodziłyśmy sceptycznie ;)
Mięso to najczesciej kurczak, albo wołowina (taka tłusta, ze na pierwszy rzut oka nawet kijem bys tego nie tknął, ale wlasnie danie z porku – tak to nazywałyśmy – smakowało mi najbardziej).
W ktoryms momencie tego miesa po prostu było już za duzo, do tego przestawienie się z polskiego jedzenia na japońskie zrobiło swoje. Nie żebym miala jakieś żołądkowe rewolucje, ale jakos straciłam apetyt, co raczej mi się nie zdarza, bo zazwyczaj jem duzo.
| Porku |
| Ola z Ania wcinaja tofu |
| czachan (nie wiem jak to sie pisze:P) czyli ryz, jajko i jakies inne gadzety |
No i odkryłam kielki, ktore potem jadłam caly czas. Zresztą do tej pory je podjadam do obiadu jako sałatkę.
| kielki moje :) |
Oli natomiast najbardziej do gustu przypadł ramen. To taka ich typowa zupa z makaronem, podobna do rosołu. Ramen taki można jesc z kielkami, grzybami, z mięsem, można jesc łagodny, albo na ostro.
Pierwszy raz jadłyśmy go w bardzo japońskiej atmosferze, bo przy typowym niskim stole przy ktorym się klęka na poduszkach. Żeby było śmieszniej, to taka zupę tez się je paleczkami. Najpierw wsuwasz makaron, a potem pijesz resztę z miseczki.
A ze były to moje poczatki z paleczkami, nie dosc ze wyglądało to komicznie, trwało to strasznie dlugo, zanim sobie cokolwiek nabrałam i kończyło się na tym, ze zupę zazwyczaj jadałam zimna.
| Ramen. Niech Was lyzka nie zmyli! jadlysmy palami, jak na prawdziwe Japonki przystalo! :) |
![]() |
| A to nasz pierwszy Ramen |
A teraz, jak nalezy jesc...
Wszystko tu trzeba siorbać! Wciągasz kluski - musisz siorbac, pijesz herbatę - musisz siorbac! Kiedy u nas siorbanie uchodzi za niekulturalne, w Japonii jest to oznaka, ze Ci smakuje! I siorbie się głośno, tak, żeby kucharki słyszały w kuchni, ze to co ugotowały, smakowało Ci.
Mamy przy tym mega ubaw:
- Ty Olka, weź siorb glosniej, bo pomyślą, ze Ci nie smakuje i już nas wiecej na Ramen nie zaproszą :)
Jeszcze z takich ramenowych ciekawostek – makaron jaki sobie nabierasz na paleczki, wciągasz palami do samego końca. Nie gryzie się makaronu w polowie jak np. już masz go w buzi za dużo :)
Taka sytuacja.
Wracając do ryzu – najbardziej zaskoczyły mnie ryzowe kanapki!
W Polsce jemy na okrąglo chleb, a tutaj taka kanapka jaka rodzice daja dzieciom do szkoly jest ryz, zawinięty w nori, czyli taki wodorost, którym owija się sushi, i w środku mogą być rożne rzeczy. Tak jak w polskiej kanapce – tuńczyk, jakieś mięcho, co tam sobie zażyczysz. I wygląda to tak:
| Ryzowa kanapka |
Buziaki!
24 października 2013
Showtime!
Przyzwyczaiłam
się już, że jak śpiewam to mnie nawet nie widać, jestem tłem,
oprawą muzyczną. Minęły już czasy konkursów, przeglądów i
festiwali i nie ukrywam, że śpiewania nie traktuję teraz tylko
jako pasję, ale też jako zawód. I ma to swoje plusy i minusy.
Gwoli ścisłości – nie żebym była z wykształcenia muzykiem.
Miałam na myśli raczej to, że z tego jest kasa.
Nie nazwę
siebie ani artystką, ani piosenkarką.
Śpiewarka – to
określenie chyba mnie najlepiej charakteryzuje.
Teraz miałam być na świeczniku
bardziej niż kiedykolwiek. Wszystko miało być perfekt od strojów
po makijaż. Ludzie będą przychodzić nie po to, żeby zobaczyć
małą dziewczynkę śpiewającą smutne piosenki, jak z Mam Talent
(czyt. ja 5 lat temu). Będą przychodzić do hotelowego klubu, żeby
sobie popatrzeć, (ewentualnie posłuchać ),
a my jako profeszjonal Rewia z Polski mamy im zapewnić takie show,
żeby z krzeseł pospadali. I przy okazji zostawili napiwki.
Może brzmi to tak, jakby biedna Gosia
z Polski została sprzedana japońskiej mafii i zmuszają ją teraz,
żeby tańczyła i śpiewała w klubie goł goł… nago.
A prawda
jest taka, że na takie show przychodzą dziadki, średnia wieku 50+,
jest bardzo radośnie, wdzięcznie, aż chce się występować.
No i są to zupełnie inne klimaty niż
dotychczas w mojej „karierze”. Mam być słodka, zalotna i
seksowna. Trochę jak w kabarecie albo Burlesce, czyli coś o czym
marzyłam ostatnimi czasy. Zupełnie inne muzyczne doświadczenie!
No i jeszcze apropos dziadków. Dziadki
tworzą super klimat, bo wszyscy po hotelu chodzą w hotelowych,
fioletowych albo zielonych kimonach i wyglądają słodko. Jak siedzą
wszyscy w klubie w tych ich kimonkach świecących w ultrafiolecie aż
Ci się gęba cieszy i masz ochotę ich wszystkich wyściskać .
Musiałam też w końcu rozruszać moje
22 –letnie kości i zacząć się poruszać na scenie. I nie, żeby
było to takie łatwe jak się wydaje. Podczas prób czułam się jak
drewniak.
Pierwszy tydzień występów to ciągła rozkmina: „Jak
jednocześnie można tańczyć i śpiewać?!”. Teraz jest już
lepiej i nawet zaczynam się tym bawić.
Czasami śpiewamy dla 4 osób, czasami
dla całej sali. Czasami jest mega energia od ludzi, czasami aż się
nie chce się wychodzić. Czasami występując dla 4 osób wychodzimy
z większymi napiwkami niż gdybyśmy występowały dla całej sali,
czasami śpiewając dla całej sali wychodzimy z niczym.
Czasami
jest też tak, że show się nie odbywa, bo nie ma ludzi (mimo
naszych wspaniałych plakatów rozwieszonych po całym hotelu.
Skandal po prostu!)
Także zawsze jest ten dreszczyk
emocji. Nigdy nie jest tak samo.
Aaa i najważniejsze: robimy 2 szoły.
Pierwszy jest o 21:30, następnie 40 minut przerwy i kolejny zaczyna
się o 22:40. Kończymy więc po 23:00, idziemy się „mościć”
(w naszej gwarze to znaczy kąpać się) i zaraz po tym idziemy na
neta. W Polsce jest wtedy godzina 17:00. Jakby ktoś chciał mnie
uchwycić na skypie, czy fejsie to właśnie zazwyczaj między 17:00
a 19:00 polskiego czasu.
I w końcu coś na co czekałam z
niecierpliwością! W każdej kolejnej notce będę dodawała filmiki
z występów.
Pierwszy film jaki dodam jest
najsłabszy w porównaniu do następnych. Wyglądam jak śnieżynka (w mojej studniówkowej sukience) i przystąpuję sobie z nóżki na nóżkę :P Mimo pozorów właśnie z tą piosenką męczyłam się najbardziej.
Dodaję właśnie ten film jako pierwszy, żeby przygotować Was do innych naszych
„skandalizujących” występów ;)
Enjoy the show!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
